ZASADZKA

Nikt nie wiedział, kiedy pojawili się na Ziemi, ale przed ich przybyciem świat wyglądał podobno zupełnie inaczej. Strzępy opowieści o minionych czasach krążyły w mroku i wilgoci podziemnych tuneli, wyryte obrazy na zapleśniałych ścianach przypominały dawne historie, lecz tylko nielicznym. Większość ludzi nie miała pojęcia o ich istnieniu, bo starannie utrzymywali to w tajemnicy.

Venire wiedziała. Pamiętała dobrze ten dzień, gdy strzeżony przez lata sekret został i dla niej ujawniony. O poranku po Vayle’a przybyły maszyny spoza miasta. Nie byli to Strażnicy ani Obrońcy, tylko zupełnie inny rodzaj robotów, a jednak brama została dla nich otwarta. Kiedy go zabierali, wyszeptał cyfry. Wtedy jeszcze nie rozumiała, co znaczą, ale po raz pierwszy poczuła niepokój. Cały dzień stała nieruchomo, wpatrując się – z widocznym na jej drobnej twarzy napięciem – w niewielkie, okrągłe okno, oddzielające ją od zewnętrznego świata grubą, pancerną szybą. Okno, którego nie dało się otworzyć, bo tak zadecydował dawno temu ktoś odpowiedzialny za budowę całego mieszkalnego kompleksu.

Wieczorem dostała nagłe wezwanie na badania. Gdy weszła zdezorientowana do wskazanego pomieszczenia, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. W rogu stał nieznajomy mężczyzna. Nie wyglądał jak inni ludzie z miasta. Miał brudną, ogorzałą twarz i niski głos, nie budzący sympatii.

– Jestem Vance – powiedział szorstko. Podał ci numer, prawda? Współrzędne i datę.

Później nakazał, aby poszła za nim. Biegli ciemnym korytarzem, a potem w dół po schodach, aż w końcu brakowało jej sił, by iść dalej. Podparta na jego ramieniu, nie zważając na ból w kolanach, schodziła jednak nadal, jęcząc cicho – co za każdym razem wywoływało ponury grymas na twarzy mężczyzny. Nagle poczuła wilgoć i smród. Długo podróżowali podziemnymi tunelami, wdychając odór nieczystości miasta, aż wreszcie dotarli do pozostałych. Do świadomych. I tak dołączyła do ruchu oporu. Pamiętała, jak wycinali jej z głowy niewielkie, świecące płytki i ból, jaki temu towarzyszył. Nigdy wcześniej nie czuła czegoś tak nieprzyjemnego. W ogóle niewiele dawniej czuła, choć tam w mieście na górze była dużo szczęśliwsza.

– Zbliża się ten dzień – odezwał się Vance pewnego poranka. – Tylko wtedy możemy ich uratować. – Popatrzył wymownie na Venire. – Nie tylko twojego Vayle’a i innych pojmanych. Możemy uratować całą planetę.

– Co się stanie, gdy odejdą? – spojrzała nieśmiało w jego ciemne oczy.

– Będziemy wolni. Przejmiemy miasta i zaprowadzimy porządek, o jakim zawsze marzyliśmy. Zbyt długo robili z nami to, co chcieli.

– Jeśli go zamordujemy, przyślą nowego Namiestnika. Znowu opanują Ziemię.

– Są coraz słabsi. Z wieku na wiek ich władza gaśnie, miasta podupadają, nie mają już nad wszystkim kontroli. Spójrz tutaj – skierował spojrzenie na ścianę. Wytarty szkic systemu wielkich aglomeracji był ledwo widoczny pod zgrzybiałą powłoką, jaka narastała przez ostatnie lata. – Tak kiedyś wyglądało ich Imperium. Wszystko przemija, ich władza tutaj również dobiega końca. – Sięgnął po cienkie, przezroczyste płytki. Venire zauważyła, że pojawiły się na nich błyszczące znaki. – To zapiski sprzed kilku wieków, starannie kopiowane i przekazywane kolejnym pokoleniom. Tak słabi jak dzisiaj nigdy nie byli. A teraz nadszedł czas, by odzyskać to, co nam się należy.

– Czy dawniej było lepiej, zanim przybyli?

Spojrzała na przeciwległą ścianę z wyrytymi obrazami – z resztkami wspomnień, przechowywanymi przez setki lat na powierzchniach gnijących tuneli. Wykrzywione twarze i rozpacz bijąca z oczu.

– Niektórzy tylko na taki los zasługują – odparł Vance, podążając za jej spojrzeniem. – Ale nas to nie dotyczy. Wiemy, co jest właściwe i będziemy postępować sprawiedliwie. Pomożesz chyba uratować Vayle’a, prawda?

– Od kiedy wiedział? – Zmarszczyła groźnie brwi. – Nie rozumiem, dlaczego nic mi wcześniej nie mówił.

– Uznał, że nie byłaś gotowa.

– Mimo to przekazał mi współrzędne i datę.

– Liczył, że mu pomożesz. – Vance wpatrywał się w nią uważnie. – Dzięki tym informacjom możemy teraz przygotować zasadzkę. Vayle pokładał w tobie dużą nadzieję, nie możesz go zawieść. Nie chcę wiedzieć, co z nim zrobili. Jeśli cokolwiek im zdradzi, mogą nas tutaj odnaleźć i stracimy wszystko, co budowaliśmy przez wieki. Dla człowieka nie pozostanie już żadna nadzieja – spojrzał jej prosto w oczy. – Czasu nie mamy dużo. To nasza jedyna szansa.

– A jeśli zawsze tutaj byli? – Venire znowu zmarszczyła brwi. – A te obrazki – spojrzała wymownie na sufit z wielką, dumnie wyprężoną sylwetką mężczyzny w mundurze – to tylko fantazja poprzednich pokoleń? Wiara w to, że możemy być wolni, zwykła ułuda, która teraz doprowadzi do naszej zguby.

– To, co teraz czujesz, jest ułudą? Chcesz, żeby wsadzili ci to z powrotem? – zapytał, wskazując palcem swoje czoło. Blada blizna była nadal widoczna.

– Wcześniej było lepiej.

– Gdy przejmiemy miasta, nastanie czas panowania człowieka. Odbudujemy pradawną potęgę, przywrócimy stary porządek i sięgniemy po to, co jest nam pisane od pokoleń. A ty będziesz mogła robić wszystko, na co tylko masz ochotę.

– Przecież głos w pokoju zawsze pytał, na co mam ochotę. Mówił, że chce mojego dobra.

– I co mu odpowiadałaś? Nie wiedziałaś nic o świecie. Byłaś jak zwierzę zamknięte w klatce. Dostałaś wybór, ale nie miałaś z czego wybierać.

– Mówił, że chce mojego dobra – powtórzyła z naciskiem. – A roboty zawsze wykonywały wszystkie polecenia. Pragnęli naszego szczęścia. Tylko tego.

– Wkładając nam to do głowy? – Znowu wskazał ręką swoje brudne czoło.

– Może według nich to było dla nas najlepsze.

– W takim razie się mylili. A teraz przyszła kolej na nas. Wzniesiemy jeszcze potężniejsze miasta, udoskonalimy technologie, ujarzmimy najbardziej niedostępne tereny naszej planety, może nawet – zrobił pauzę – wydostaniemy się poza Ziemię. Nasi przodkowie docierali podobno po najdalsze granice Układu Słonecznego – stwierdził z zadumą. – Gdy Namiestnik Ziemi przybędzie do miasta, będziemy gotowi – powiedział stanowczo. – Potem przejmiemy jego system łączności i nadamy sygnał innym, którzy już czekają, by opanować pozostałe miasta na całym kontynencie.

– Jak on wygląda? – zapytała cicho.

– Nikt tego dokładnie nie wie. Ale podobno w ogóle nie przypomina człowieka – powiedział tajemniczo. – Szykujcie się na jutro. Mamy dużo przygotowań – zarządził, spoglądając na pozostałych.

                                                                                              ***

Poranek był chłodny. Delikatna mgła unosiła się w powietrzu. Czołgali się powoli wzdłuż muru – kilkanaście osób brudnych i mokrych, bo wcześniej musieli przeciskać się do góry wąskimi kanałami. Venire nie czuła się dobrze. Myśl o Vayle’u nie dawała jej spokoju. Chciała go zobaczyć, poczuć jego oddech we włosach i usłyszeć ten charakterystyczny, niski, lekko zachrypiały głos. Ręce miała całe zakrwawione, podobnie kolana, bo szmaty, którymi je owinęła, najwidoczniej były zbyt cienkie. Uczucie bólu to nie było nic przyjemnego. Dawniej go też odczuwała, ale w inny sposób. Pojawiał się ostry niczym ostrzeżenie, ale szybko znikał i nie męczył jej godzinami, przypominając niepotrzebnie o obrażeniach, o których już doskonale wiedziała. Nie wszystko, co opowiadał Vance o pradawnym świecie, jej się podobało. Miała też wątpliwości, czy Vayle naprawdę w to wierzył. Nigdy jej przecież o tym nie mówił.

– Pospiesz się – wyszeptał ponuro Vance i mocno szarpnął ją za rękę.

Jęknęła cicho i spojrzała na jego ciemną twarz ze złością. Już od wczorajszego wieczoru był nerwowy i niepotrzebnie podnosił na wszystkich głos.

– Zostań tutaj. – Wskazał jej fragment muru. – Stąd masz dobry widok na całą okolicę.

Venire wytarła zakrwawione dłonie w spodnie i pokiwała głową. Spojrzała na małe, brązowe stworzenie na czterech łapach, które kręciło się w pobliżu. Spoglądało ufnie i wesoło na nich, merdając długim ogonem.

– Jeśli zobaczysz w pobliżu Zwiadowców, musisz dać nam sygnał – dodał.

Wdrapała się powoli na mur i spojrzała na budynek. Wielki przeszkolony taras prowadził wprost na most łączący budynek z sąsiednim. Venire wiedziała, że pod mostem rozstawione są ładunki, a Namiestnik będzie się po nim przemieszczał do sali obrad na posiedzenie.

Dała znak ręką, że wszystko w porządku.

Nagle w oknach coś się poruszyło. Zobaczyła niewyraźną, obszerną sylwetkę, przemierzającą pomieszczenie. Nie miała wątpliwości, że musi być co najmniej trzykrotnie wyższa od człowieka. Spojrzała z niepokojem w stronę Vance’a i kazała nerwowym gestem mu się pospieszyć.

Gdy już odchodził z pozostałymi, brązowe stworzenie podbiegło do niego, żeby się przywitać. Starał się je odgonić, ale nie dawało za wygraną i próbowało wejść mu między nogi. Zdenerwowany kopnął zwierzę z całej siły, przeklinając pod nosem. Z brązowego pyska pociekła krew. Venire aż zadrżała zaskoczona. Stworzenie chwilę stało bez ruchu, jakby nie dowierzało w to, co się stało, po czym skomląc cicho, usiadło pod murem i wpatrywało się w nią uważnie.

W oknach znowu coś się poruszyło. Po chwili wielkie, galaretowate cielsko wylazło na taras. Ciemnozielona skóra mieniła się w odblaskach słońca, długie, czarne wypustki falowały nad niekształtną głową, którą ciężko było nawet wyodrębnić z pozostałej części opuchniętego tułowia. Namiestnik przesuwał się powoli, sunąc po powierzchni tarasu jak po lodzie, bo nie widziała niczego przypominającego nogi. Spojrzała z niepokojem w miejsce, gdzie zniknął Vance. Miała nadzieję, że zdążył dotrzeć na wyznaczoną pozycję.

Zerknęła jeszcze raz na małe stworzenie skulone pod murem. Z pyska sączyła się cienka struga krwi, a smutne oczy wciąż wpatrywały się w nią uważnie.

Namiestnik przemieszczał się w stronę mostu. Wypustki nad jego głową falowały spokojnie w rytm ruchów potężnego ciała. Venire miała wrażenie, że powietrze wokół niego mieni się delikatnie najróżniejszymi kolorami. Słyszała ciche dudnienie, a gdy wiatr mocniej zawiał od strony mostu, poczuła nieprzyjemny zapach. Tak silny i odrażający, że aż musiała przysłonić twarz dłonią. Znacznie gorszy niż odór podziemnych kanałów, w których żyła przez ostatnie dni.

Zeskoczyła z muru i skuliła się przerażona, podobnie jak stworzenie, które siedziało obok. Dłonie drżały jej tak, że nie mogła nad nimi zapanować. W brzuchu poczuła nieprzyjemne uczucie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Vance powiedział jej, że coś takiego może się dziać, i że to nazywa się strach.

Zwierzę pod murem nie przestawało się w nią wpatrywać. Spojrzała na swoje dłonie całe we krwi i na czerwoną plamę pod brązowym pyskiem. Przesunęła się powoli w stronę zwierzęcia, ale przerażone się cofnęło. Nigdy jeszcze nie widziała, żeby jakiekolwiek stworzenie uciekało przed człowiekiem. Poczuła się jeszcze gorzej. Ból w brzuchu stawał się nie do zniesienia. Zwierzę obok znowu zaczęło żałośnie skomleć tak, że aż zasłoniła uszy, żeby tego nie słyszeć. Przypomniała sobie przerażające obrazy w podziemiach i słowa Vance’a, że niektórzy tylko na taki los zasługują.

Zacisnęła dłonie z całej siły i gwałtownie wstała. Chciała się wspiąć na mur, ale całe ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Zsunęła się na sam dół, po czym niezdarnie próbowała wejść znowu. Bała się, że zaraz usłyszy wybuch i będzie już za późno. Zaczęła krzyczeć. Dłonie zostawiały czerwone smugi na betonowej powierzchni, gdy po raz drugi się zsuwała. W panice krzyczała jeszcze głośniej, podejmując trzecią próbę. W końcu wdrapała się na szczyt muru.

Galaretowate cielsko stało nieruchomo tuż przed mostem. Wypustki nad jego głową kręciły się i plątały ze sobą jak szalone. Powietrze pulsowało i świeciło jeszcze intensywniej wszystkimi kolorami, a odór niesiony wiatrem od strony mostu był tak silny, że prawie zemdlała.

– To pułapka – krzyknęła zachrypiałym głosem.

Poczuła ukłucie w szyję. Ogarnęła ją ciemność.

                                                                                                ***

Zobaczyła go na szczycie wielkiej platformy. Tuż przed nią znajdowała się gruba, przezroczysta ściana. Nie czuła już nieprzyjemnego zapachu, a ciało Namiestnika miało zupełnie inny kolor niż tam na tarasie. Naprężone wypustki nad jego głową w ogóle się nie poruszały. Brązowe stworzenie, które siedziało razem z nią pod murem, kręciło się teraz obok platformy z opatrunkiem na pysku. Nie wydawało się już przerażone.

– Dziękuję. – Wielkie litery wyświetliły się na gładkiej ścianie.

– Kim jesteś? – zapytała, patrząc na świecące litery.

– Ważniejsze jest to, kim wy jesteście. – Pojawił się kolejny napis. – A jesteście gatunkiem, któremu nie mogliśmy zaufać. Ograniczyliśmy waszą ekspansję do jednego gwiezdnego układu. Oczywiście nawet wy zasługujecie na szczęście. Każda żywa istota na nie zasługuje. Świat dał wszystkim tylko cierpienie, ale nigdy nie mogliśmy się z tym pogodzić. Staraliśmy się dać wam to, co najlepsze, choć nie zawsze nam wychodziło. Nie było łatwo was zrozumieć. Ale pomimo naszych usilnych starań nie doceniliście tego.

– Nie mogliśmy tego docenić, bo nigdy się nam nie przedstawiliście.

– Tak było dla was lepiej.

– Nie daliście nam żadnego wyboru.

– Jeśli go nie ma, lepiej o tym nie wiedzieć.

– Więc jak mogliśmy to docenić, gdy w końcu się dowiedzieliśmy?

– Wcześniej nigdy nie narzekałaś na swoje życie. A teraz dostaniesz je z powrotem.

– Razem z tym? – Dotknęła czoła i czerwonej blizny.

– Zrobimy dla ciebie ten jeden raz wyjątek, ale będziesz tego żałować.

– A co z pozostałymi? Co z Vaylem?

– Zostaną tutaj. Nie możemy ich teraz wypuścić. Muszą się jeszcze wiele nauczyć.

Przezroczysta ściana zaczęła ciemnieć, aż Venire nie widziała, co jest po drugiej stronie. Jęknęła cicho.

– Idź już. – Litery na ciemnej powierzchni były ledwo widoczne.

– Czekaj – wymamrotała, ale na ścianie nic więcej się nie pojawiło.

Poczuła zimny, stalowy dotyk. Robot popchnął ją w stronę wyjścia.

Idąc korytarzem, usłyszała głos. Wiedziała doskonale, do kogo należy. Spojrzała na zakratowaną przestrzeń pod sufitem. Musieli trzymać go tuż za ścianą. Chciała się zatrzymać, ale robot pchnął ją mocno do przodu.

– Dlaczego to zrobiłaś? – Znowu usłyszała jego głos.

Poczuła w gardle nieprzyjemne uczucie i silny ból w brzuchu. Przyspieszyła kroku. Tak bardzo za nim tęskniła.

– Zdradziłaś nas. Zdradziłaś nas wszystkich. – Słowa Vayle’a dudniły jej w głowie.

Zaczęła biec. Chciała razem z nim wrócić do domu, ale nie była już pewna, kim on jest, ani kim ona jest.

Robot zatrzymał się przy wyjściu, a Venire wybiegła z budynku i długo szła przed siebie bez celu, pośród huku i gwaru miasta. W końcu zmęczona usiadła na zakurzonym poboczu. Oparła głowę o kolana. Powoli docierało do niej, co zrobiła. Nigdy jeszcze nie czuła się tak źle. Nie chciała, żeby tak się to wszystko skończyło. Gdyby mogła, cofnęłaby czas, ale raz podjętej decyzji nie dało się już odwrócić.

Nagle jej dłoń dotknęło coś wilgotnego. Podniosła głowę i zobaczyła przed sobą czarno-biały pysk, z wielkim, wiszącym jęzorem. Ciemne oczy wpatrywały się w nią z ufnością. Wyciągnęła powoli dłoń w jego stronę. Zwierzęciu nawet nie przyszło do głowy, żeby cofnąć się przed ręką człowieka.

Gdy wstała, zwierzę dalej biegło obok niej, merdając ogonem. Po chwili odskoczyło w prawo i zniknęło gdzieś w kurzu miasta, a Venire wiedziała, że już nigdy nie będzie musiała się o nie martwić.

Magdalena Banduła